czwartek, 10 stycznia 2019

Meksyk oczyma Fray'a Toribio de Benavente

 

To kolejny fragment z książki "Kronikarze kultur prekolumbijskich" pod redakcją Marii Sten, wydanej przez Wydawnictwo Literackie w r. 1988. Ciekawych rzeczy, spisanych częstokroć przez bezpośrednich świadków, jest w niej dużo więcej. Polecam lekturę całości.

O dawnych obrzędach i bałwochwalstwie


0 święcie zwanym panquetzaliztli[1] 


Jak już wspomniałem, w dniach miesiąca Panquetzaliztli, będącego miesiącem czternastym poświęconym bogom Meksyku, specjalnie zaś dwóm, którzy powiadali się braćmi i bogami wojny, wielce mocnymi w zabijaniu i niszczeniu, w pokonywaniu i podbijaniu, w owych dniach, jak powiadam, będących niby Wielkanoc lub jedno z najważniejszych świąt, składali wiele krwa­wych ofiar; kaleczyli sobie język lub uszy, co wśród nich było zwyczajem powszechnym; niektórzy ranili sobie ramiona i pierś, a także inne części ciała; krew tę puszczali sobie, żeby ofiarować ją bożkom, po­dobnie jak to czynią nasi, strząsając palcami kilka kropli święconej wody; smarowali także tą krwią z uszu lub języka papier[2], by go następnie ofiarować; zwyczaj ten panował wszędzie, we wszystkich częś­ciach tej ziemi; ale w każdej prowincji różnił się, jeżeli chodzi o przekłuwanie części ciała; w jednych puszczali krew tylko z ramion, w innych — z piersi, po czym można było poznać miejscowość, z jakiej pochodzili.
Poza tymi ceremoniami składali ofiary i zabijali wielu ludzi w sposób, który opiszę:
Posiadali duży kamień, długi na jedną brazada[3]półtorej piędzi szeroki i gruby na około jedną piędź. Połowa tego kamienia tkwiła w ziemi i była umieszczona powyżej schodów, przed ołtarzem boż­ków. Na tym kamieniu kładli na plecach te nie­szczęsne ofiary z wypiętą klatką piersiową, bo miały związane ręce i nogi; główny kapłan lub jego zastępca dokonywali ofiary; czasami było tych nieszczęśników tylu, a oni byli już tak bardzo zmęczeni, że zastępowali ich inni zaprawieni w rytuale, i krzemieniem, którym krzesali ogień, mającym kształt ostrza po­dobnego do dzidy, ale nie wyostrzonym, bowiem często odpryskuje, jako że jest bardzo twardy i łamliwy, więc go nie można należycie zaostrzyć, szybko ich zabijali; mówię o tym, bo wielu ludzi mniema, że ostrza te zrobione były z czarnego kamienia znajdującego się na tej ziemi; ostrze jest tak cienkie jak nóż i tak jak on kraje łatwo i bardzo szybko; tym okrutnym nożem otwierają z>dużym wysiłkiem sztywno napiętą pierś nieszczęśnika i śpiesznie wyjmują mu serce, a ten, który ten zły uczynek popełnia, podnosi je na wysokość ołtarza u wejścia do świątyni, zostawiając na nim krwawy ślad. Niekiedy leżące już na ziemi serce jeszcze drgało; następnie kładli je do naczynia przed ołtarzem. Innym razem wznosili je do słońca, kiedy indziej smarowali tą krwią usta bożków. Czasami starzy kapłani zjadali je, kiedy indziej grzebali, a potem chwytali ciało i zrzucali w dół po schodach; jeżeli było to ciało jeńca wojennego, to ten, który je złapał, zabierał przy pomocy swoich przyjaciół i krewnych, a w domu mieszano to ludzkie mięso z innym jadłem i następnego dnia wyprawiano uroczystość i zjadano; ten, który je schwytał, rozdawał tego dnia, jeżeli go na to było stać, bawełniane okrycia gościom; jeśli nieszczęśnik był niewolnikiem, nie zrzucali jego ciała ze schodów, tylko znosili je na ramionach, po czym urządzali tę samą uroczystość i ucztę jak dla jeńca wojennego, choć mniej wystawną; nie wymienimy innych uroczystości ani ceremonii, które czynili w inne dni, lecz opiszemy to przy innych okazjach.
Co do serc ofiar, to powiadam, że ów szatański kapłan brał je w rękę, podnosił tak, jakby je pokazy­wał słońcu, a następnie czynił to samo przed bożkiem i kładł do drewnianego naczynia bogaciej malowane­go niż zwykła miska, a zebrawszy krew do drugiego naczynia, podsuwał głównemu bożkowi, jak gdyby go pojąc, i smarował mu tą krwią wargi; następnie czynił to samo z innymi bożkami i diabelskimi figurami. Podczas tej uroczystości składali w ofierze prawie zawsze jeńców wojennych lub niewolników; w jednych miejscowościach zabijali dwudziestu, w in­nych trzydziestu, w jeszcze innych czterdziestu, a nawet pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu; w Meksyku składali w ofierze stu ludzi, a nawet więcej.
Innego dnia, z tych, które już wymieniłem, skła­dali też wiele ofiar, ale mniej niż podczas opisanego święta; i niech się nikomu nie wydaje, że czyniono to zgodnie z wolą tych ofiar, kiedy je zabijano, wyjmo­wano serca lub uśmiercano w inny sposób; czyniono to na siłę, a one bardzo tę śmierć odczuwały i straszny był ich ból. Kaleczyli sobie także uszy, język lub inne części ciała, robili to niemal zawsze dobro­wolnie. Niektóre ofiary obdzierano ze skóry; w jednych prowincjach dwie lub trzy, w innych cztery lub pięć, w innych zaś dziesięć, a w samym Meksyku aż dwanaście lub piętnaście. Skóry te wciągali na siebie, rozcięte z tyłu, na plecach i na ramionach, przylegały one tak ciasno jak kaftan lub spodnie; w tym tak strasznym i przerażającym stroju tańczyli; spomiędzy jeńców wojennych, których składano w ofierze, w Meksyku wybierano na ten dzień tego, który wśród nich był panem lub dostojnikiem; w zdartą z niego skórę stroili wielkiego pana Meksyku, Moteuczomę, i on bardzo poważny tańczył w tym stroju, w przekonaniu, że w ten sposób służy demo­nowi, którego czczono owego dnia; siła ludzi przy­glądała się temu jako czemuś niezwykłemu, bo wśród innych plemion, zamiast wielkiego pana, ubierali się w te skóry inni dostojnicy.
Podczas innego święta składano wszędzie w ofie­rze kobietę i jeden z nich ubierał się w zdartą z niej skórę i tak tańczył wśród zebranych, a inni tańczyli ustrojeni w pióropusze.


[1] Panąuetzaliztli („Rozwinięcie chorągwi”) — święto azteckie
Poświęcone bogu Huitzilopochtli; piętnasty miesiąc według kalen­darza azteckiego
[2] papier — chodzi o korę drzewną z fikusa
[3] brazada miara równająca się 4 varas (1 vara = 0,835 metra)                                                                                                    

Majowie wedle Fray'a Diego de Landy


To kolejne fragmenty z książki "Kronikarze kultur prekolumbijskich" pod redakcją Marii Sten, wydanej przez Wydawnictwo Literackie w r. 1988. Te dotyczą Majów. Ciekawych rzeczy, spisanych częstokroć przez bezpośrednich świadków, jest w niej dużo więcej.



0 zawodzie kapłanów   


Największymi bałwochwalcami byli kapłani chilanes, czarodzieje i do­ktorzy, oraz chaces[15] i nacones [16]. Zadaniem kapłanów było gromadze­nie i przekazywanie wiedzy, przepowiadanie wy­padków i ogłaszanie środków zaradczych, wróżenie, wyznaczanie odpowiednich dni na składanie ofiar i udzielanie sakramentów. Zadaniem chilanes było przekazywanie ludności wyroczni demonów; szano­wano ich tak bardzo, że niejednokrotnie noszono ich na ramionach. Czarnoksiężnicy i doktorzy leczyli puszczając krew chorym, przepowiadali, co kogo czeka w jego rzemiośle, i inne podobne rzeczy. Do każdego obrzędu wybierano czterech starców zwa­nych chaces, którzy pomagali kapłanowi w tym, by uroczystość przebiegała zgodnie z rytuałem. Nacones było dwóch, stanowisko jednego było stałe i nie przynoszące mu chwały, jego zadaniem bowiem było otwieranie piersi ludziom składanym w ofierze; dru­giego wybierano na kapitana podczas wojny lub jakiejś uroczystości i na tym stanowisku trwał on przez trzy lata. To stanowisko było bardzo zaszczytne. 
(Relación de las cosas de Yucatan, rozdz. XXVII)


Ofiary ludzkie


Kiedy pragnęli uczynić obrzędy bardziej uroczystymi, składali w ofierze zwierzęta; a kiedy chcieli zapobiec ja­kiejś klęsce lub przeciwności losu, ka­płani lub chilanes nakazywali, by składano w ofierze ludzi; w tym obrzędzie brali udział wszyscy. Nie­którzy znosili datki na kupno niewolników, inni z pobożności ofiarowali swoje dzieciątka; do dnia uroczystości trzymano przeznaczonych na ofiary w ostrej dyscyplinie i pilnowano, by nie uciekli lub by się nie zbrukali jakimś cielesnym grzechem; kiedy prowadzono ich wśród tańców z wioski do wioski, kapłani pościli wraz z chilanes i dostojnikami.
Kiedy nadchodził dzień obrzędu, zbierali się na dziedzińcu świątyni i jeśli w ofierze składano niewol­nika, który miał zostać przebity strzałami, rozbierali go do naga, smarowali na niebiesko, a na głowę kładli mu papierową czapkę spiczastego kształtu; potem, kiedy przepędzili siły nieczyste, tańczyli uro­czyście z lukami i strzałami wokół pala; nie przerywa­jąc tańca przywiązywali go do pala i wznosili coraz wyżej, pilnie na niego bacząc. Potem wspinał się kapłan o straszliwym wyglądzie i strzałą przebijał wstydliwą część ciała ofiary bez względu na to, czy był to mężczyzna czy kobieta; upuszczał trochę krwi, schodził w dół i nacierał nią twarz demona; następnie dawał jakiś znak tanecznikom, a oni przechodzili szybkim, tanecznym krokiem, przestrzegając po­rządku, i ciskali strzały w serce, zaznaczone białym znakiem; w ten sposób pierś ofiary podobna była do jeża pokrytego kolcami.
Jeśli mieli mu wyjąć serce, zanosili go uroczyście na dziedziniec. Niewolnik był pomalowany na nie­biesko i nosił spiczastą czapkę. Towarzyszył temu wielki tłum ludzi. Kładli go na okrągłym kamieniu przeznaczonym do składania ofiar, a potem kiedy kapłan i jego pomocnicy ukończyli malować ten kamień na niebiesko, przepędzali siły nieczyste ze świątyni, następnie chaces chwytali nieszczęśnika z wielką zręcznością, kładli go na plecach na owym kamieniu i przytrzymując nogi i ramiona naznaczali ciało przez środek. Wtedy pojawiał się kat, nacón, który kamiennym nożem zadawał mu okrutny cios między żebra po lewej stronie pod sutką, po czym natychmiast, niby wściekły tygrys, wyrywał ręką jeszcze drgające serce i podawał je na talerzu kapła­nowi, który szybko smarował twarze bożków tą świeżą krwią.
Niekiedy składali tę ofiarę na najwyższym stopniu świątyni, po czym zrzucali martwe ciało, które toczy­ło się w dół; tam chwytali je dostojnicy, zdzierali z niego całą skórę, z pominięciem nóg i rąk, komplet­nie nagi kapłan naciągał ją na siebie, następnie wszyscy zebrani tańczyli wraz z nim, co dla nich było wielkim świętem. Ludzi złożonych w ofierze grzebano zazwyczaj na dziedzińcu świątyni lub zjadano ciało, dzieląc je między panów i tych, którzy byli w pobliżu; ręce, nogi i głowa były przeznaczone dla kapłana i dostojników; ludzi złożonych w ofierze miano za świętych. Jeżeli byli nimi jeńcy wojenni, ten który ich pojmał, nosił ich kości podczas tańców jako oznakę zwycięstwa. Niekiedy rzucali żywcem ludzi do studni w Chicheniza, wierząc, że na trzeci dzień wypłyną na powierzchnię, mimo że nigdy się tak nie stało.
(Relación de las cosas de Yucatan, rozdz. XXVIII)

O żałobie i pogrzebach            

Ludzie ogromnie, a nawet przesadnie, bali się śmierci i czynili wszystko, by uwidocznić to w obrzędach ku czci swoich bogów, albowiem nie miały one innego celu ani nie spełniano ich w innej intencji, jak tylko po to, by bogowie dali im zdrowie i żywność. Ich jęki i płacz oraz bezbrzeżny smutek, kiedy opłakiwali zmarłych, napełniały zdu­mieniem. Opłakiwali ich za dnia, nie mieli stosunków cielesnych, pościli, szczególnie małżonkowie, i po­wiadali, że zmarłego zabrał diabeł, bo wierzyli, że on był sprawcą wszystkich nieszczęść, a zwłaszcza śmierci.
(Relación de las cosas de Yucatan, rozdz. XXXIII)


O sposobie przechowywania popiołów ludzkich

 Ciała panów i znaczniejszych dostojników palili,, a popioły przechowywali w wielkich urnach i na nich wznosili świątynie,, tak jak mieli w zwyczaju czynić dawniej mieszkańcy Izamal; obecnie, w naszych czasach, zdarzało się, że kiedy zmarły był wielkim dostojnikiem, wrzucali jego popioły do naczyń ulepionych z gliny w kształcie ludzkim.
Pozostali dostojnicy ciosali dla swoich zmarłych rodziców figury z drzewa, mające kształt człowieka, zostawiając tylną część czaszki pustą; do niej wkłada­li popioły z części spalonego ciała i zatykali ją zdartą uprzednio z potylicy skórą zmarłego; pozostałości ciała grzebali zgodnie z ich zwyczajem. Przechowy­wali te figury między swoimi bożkami, oddając im dużą cześć. Dawniej panom z Cocom[17], kiedy umie­rali, ścinali głowy i po ugotowaniu oskrobywali z mięsa, odpiłowywali górną część skalpu, pozostawia­jąc przednią wraz ze szczęką i uzębieniem. Tę pustą część czaszki wypełniali czymś w rodzaju smoły tak doskonale, że wyglądała jak żywa. Przechowywali ich z wielką czcią i szacunkiem wraz z figurami wypełnio­nymi popiołami na ołtarzach w domach razem z bożkami i we wszystkie dni uroczyste i obrzędowe składali im ofiary z części swoich posiłków, tak by nie brakowało im nic w drugim życiu, gdzie, jak sądzili, dusze ich odpoczywały i radowały się ich darami.
{Relación de las cosas de Yucatan, rozdz. XXXIII)



Wiara w życie pozagrobowe  

Wiara tych ludzi w nieśmiertelność dusz była znacznie głębsza niż u  wielu innych narodów, chociaż nie byli tak cywilizowani; wierzyli bo­wiem, że po śmierci istniało inne, doskonalsze życie, w którym dusza po oddzieleniu się od ciała weseliła się. To przyszłe życie, powiadali, dzieliło się na dobre i złe, na udręki i odpoczynek. Złe i pełne udręk było przeznaczone dla złoczyńców, dobre i przyjemne dla tych, którzy za życia sprawo­wali się dobrze; dobrzy, powiadali, udawali się do miejsca pełnego rozkoszy, gdzie nic nie mogło spra­wić im przykrości i gdzie znajdowało się jadło i napoje w dużej obfitości, doskonałe w smaku; rosło tam także drzewo, które oni zwą yaxche, rzucające chłodny, orzeźwiający cień; pod gałęziami i cieniem tej ceiby mieli wiecznie odpoczywać i spędzać przy­jemnie czas.
Udręki życia, jakie miały, według nich, być udzia­łem ludzi złych, polegały na tym, że mieli się udać do miejsca położonego niżej od tego pierwszego, które zwali mitual[18], co oznacza piekło, i mieli być tortu­rowani przez demony, cierpieć wielki głód, zimno, zmęczenie i przygnębienie. W tym miejscu także miał znajdować się demon, książę wszystkich diabłów, któremu podlegali, i w ich języku zwał się on Hunhau[19] ; powiadali też, że zarówno to dobre jak i złe życie nie miało końca, bo dusza była nieśmiertelna. Powiadali także, a byli o tym głęboko przekonani, że do raju udawali się wisielcy; i było wielu takich, którzy z powodu jakiegoś przygnębienia, pracy lub choroby wieszali się, żeby się pozbyć trosk i móc odpocząć w tym raju, dokąd prowadziła ich bogini Ixtab[20]. Nie znali pojęcia zmartwychwstania i nie wiedzieli, skąd doszły ich te wiadomości o istnieniu raju i piekła.
(Relación de las cosas de Yucatan, rozdz. XXXIII)






[15] chaces — kapłani niższej rangi. Podczas składania ofiar do nich należało trzymanie rąk i nóg niewolnika czy jeńca wojennego.

[16]  nacón — kapłan otwierający pierś ofiary
[17]  Cocom — dynastia rządzących w Mayapan
[18]   mitual — zniekształcone słowo: mitnal. oznaczające świat
podziemny
[19]    Hunhau lub Cumhau — bóg Śmierci
[20]     Ixtab — bogini, patronka samobójców

Azteckie święto zapalania nowego ognia - opisał Fray Bernardino de Sahagun


Inny fragment z książki "Kronikarze kultur prekolumbijskich" pod redakcją Marii Sten, wydanej przez Wydawnictwo Literackie w r. 1988.


Ceremonia zapalania nowego ognia     



Kiedy dobiegło końca „koło lat”[1], na początku nowego roku zwanego ome acatl[2], mieszkańcy Mek­syku mieli zwyczaj urządzać świę­to lub wielką ceremonię, którą zwali toxiuh molpilia[3], ceremonię tę robili co pięć­dziesiąt dwa lata, kiedy każdy z czterech znaków[4] powtórzył się trzynaście razy.

Zwali tę uroczystość toxiuh molpilia, co oznacza „wiązka naszych lat”, bo stanowiła ona początek nowych pięćdziesięciu dwóch lat; powiadali także xiuhtzitzquilo, co oznacza: „Zaczyna się nowy rok”, i wtedy każdy dotykał traw, dając w ten sposób do zrozumienia, że zaczynały się nowe pięćdziesiąt dwa lata i aby się wypełniły sto cztery lata, stanowiące jeden wiek.
Wtedy zapalali nowy ogień i kiedy zbliżał się dzień, w którym mieli go wzniecić, każdy mieszkaniec Meksyku miał zwyczaj rzucać do kanałów lub jezior kamienie i kije, które czcili jako bogów — opiekunów swoich domostw, a także kamienie służące w gospo­darstwie do przygotowywania jadła, do ucierania .ajies lub chile i bardzo starannie czyścili swoje domy, a na zakończenie gasili wszystek ogień.
Nowy ogień zanoszono w wyznaczone miejsce, a znajdowało się ono na szczycie góry zwanej Uixachtlan[5], na skraju osiedli Itztapalapa Colhuacan[6], o dwie leguas od Meksyku; zapalano owo ognisko o północy, a kij, którym się posługiwano, położony był na piersiach najbardziej dostojnego jeńca pojmanego na wojnie; kij ten był bardzo suchy; żeby wzniecić ogień, obracano szybko drugim bardzo cienkim niby dzida kijkiem, trzymanym w obu dłoniach, jak gdyby pocierając; a kiedy ogień już płonął, otwierali pierś jeńca, wyjmowali z niej serce, rzucali je do ognia, wznie­cając go mocniej, tak aby całe ciało w nim spłonęło.
Zapalali ogień wyłącznie kapłani, przede wszys­tkim ten, który pochodził z Copolco[7]; do niego należała ta czynność, on rozniecał i zapalał ogień.
Jak już zostało wyżej powiedziane, mieli zwyczaj zapalać nowy ogień na górze Uixachtlan i udawali się tam w następującym porządku; w przeddzień owej uroczystości, kiedy słońce już zaszło, kapłani kładli na siebie szaty i ozdoby swoich bogów, tak że wydawało się, iż oni sami są bogami; zaczynali marsz bardzo wolno, z wielką powagą i w ciszy; dlatego zwano ich teonenemi, co znaczy: „Chodzą jak bogo­wie”; wychodzili z Meksyku i docierali do swej góry dopiero około północy, a kapłan z Copolco, którego zadaniem było zapalić nowy ogień, niósł w rękach przyrządy przeznaczone do tego celu; przez całą drogę próbował, jak go najłatwiej zapalić.

Po zapadnięciu nocy, kiedy nadchodził czas, by ten nowy ogień zapalić, wszystkich ogarniał ogromny lęk, czekali więc w wielkiej trwodze na to, co miało nastąpić, bo powiadali i wierzyli, że jeżeli nie uda się go wzniecić, nastąpi koniec ludzkości, że owa noc i ciemności będą panować wiecznie, że słońce nigdy się nie narodzi i nie wzejdzie; że z góry nadejdą bardzo groźne maszkary tzitzimime, które zjedzą mężczyzn i kobiety. Dlatego wszyscy wchodzili na dachy swych domów i nikt nie śmiał zostać na dole.
Kobiety brzemienne zakrywały sobie twarz maską z liści agaw; zamykano je także w stodołach; powia­dali bowiem, że jeżeli nie będzie można zapalić ogniska, one również zamienią się w owe straszne i drapieżne zwierzęta i będą pożerały mężczyzn i kobiety.
To samo robili z dziećmi: zakrywali im twarz maską z liści agaw i nie pozwalali zapaść w sen; rodzice czynili wysiłek, aby je obudzić, szturchając bez przerwy i krzycząc, bo powiadali, że jeżeli pozwolą im zasnąć, zamienią się one w myszy.
Wszyscy ci ludzie nie zwracali na nic uwagi, tylko kierowali wzrok w stronę, skąd spodziewali się, że ów ogień zabłyśnie, i z całym skupieniem czekali na godzinę i chwilę, w jakiej miał się on ukazać i mogli go zobaczyć; a kiedy płomień już błysnął, natych­miast zapalano wielki stos, tak żeby był widoczny z daleka; wszyscy z chwilą gdy dostrzegli ów płomień, nacinali sobie nożykami uszy, a krople krwi strząsali w tym kierunku, skąd widoczny był ogień.
Musieli to robić wszyscy, nawet dzieciom nacina­no uszy, bo jak powiadali, w ten sposób czynili pokutę, chcąc zasłużyć się u bogów, a kapłani otwierali ostrym jak nóż krzemieniem pierś i trzewia jeńca, tak jak już to wyżej zostało powiedziane.
Po zapaleniu tego wielkiego stosu, czyli owego nowego ognia, kapłani, którzy przybyli z Meksyku i z innych miejscowości, posyłali po najszybszych i naj­sprawniejszych biegaczy i przytykali ogień z tego ogniska do sosnowych żagwi; oni zaś zaczynali biec co tchu, usiłując wyprzedzić innych i jak najszybciej donieść ogień do każdej wioski.
Ci z Meksyku zanosili owe płonące żagwie z sosnowego drzewa do świątyni bożka Huitzilopochtli i tam do masywnego jakby świecznika stojącego przed owym bożkiem, dokładali doń też mnóstwo kadzidła z kopalu; stamtąd brali i zanosili ogień do izb kapłanów pochodzących z Meksyku, a następnie zanosili go do izb kapłanów sprawujących straż przy bożkach; stamtąd brali ogień wszyscy mieszkańcy miasta; i był godny podziwu ów tłum ludzi, który przychodził po ogień i wzniecał w każdej dzielnicy wiele olbrzymich stosów, co stanowiło powód do wielkiej radości.
To samo czynili kapłani z innych osiedli, by zanieść jak najśpieszniej ogień, usiłując wyprzedzić innych, bo ten, kto biegł szybciej, chwytał sosnową żagiew, i tak niemal w jednej chwili przybywali do swoich wiosek; natychmiast zbiegali się wszyscy, aby wziąć ogień z tej żagwi, godny podziwu był ten tłum z ogniami we wszystkich miejscowościach, które zda­wały się być tak jasne jak za dnia; najpierw zanosili ogień do domów, w których mieszkali kapłani innych bożków.
W ten sposób, kiedy już zapalono ów nowy ogień, w każdej wiosce, w każdym domu mieszkańcy zmie­niali wszystkie naczynia; mężczyźni i kobiety wdzie­wali nowe ubrania, a na ziemię kładli nowe maty, tak że wszystko, czego używano w domu, było nowe na znak, że rozpoczyna się nowy rok; radowali się i urządzali wielkie święto, powiadając, że wielka dżu­ma i głód już przeszły; wrzucali do ognia wielką ilość kadzidła, ukręcali głowy przepiórkom i glinianymi łyżkami ofiarowywali kadzidło bożkom i czterem stronom świata; następnie to, co ofiarowali, wrzucali do ogniska i spożywali tzouatl, jadło zrobione z komosy zmieszanej z miodem, a także nakazywali wszystkim pościć i nie pić wody aż do południa.
W południe zaczynali zabijać jeńców lub niewol­ników i składać ich w ofierze; w ten sposób czynili uroczystości, jedząc i podsycając bezustannie ogni­ska.
A brzemienne kobiety, które były zamknięte i uważane za drapieżne zwierzęta, jeżeli rodziły w tym czasie, dawały swoim synom imię Molpilia[8], a córkom Xiuhnenetl[9], na pamiątkę tego, co się wydarzyło w latach, kiedy panował Motecuzoma, uczyniono ową uroczystość, o której już wspomnia­łem, a on wydał rozkaz w całym królestwie, by schwytano jeńca noszącego takie imię; schwytano jednego z Huexotzingo, znakomitego pochodzenia, który zwał się Xiuhtlamin[10]; wziął go na wojnie pewien żołnierz z Tlaltilulco, któremu na imię było Itzcuin, zwany potem Xiuhtlaminmani[11], co znaczy: „Ten, który schwytał Xiuhtlamina”, a na piersi tego jeńca zapalono nowy ogień, i jak to było w zwyczaju, ciało jego zostało spalone.

(Historia, księga VII, rozdz.: X, XI, XII, XIII)




[1] koło lat — wiek aztecki składał się z 52 lat dzielonych na cztery okresy po 13 lat każdy
[2] ome acatl („Dwa — trzcina”) — nazwa daty kalendarzowej Azteków, jedna z czterech powtarzających się nazw lat, także nazwa boga Tezcatlipoki
[3]   toxiuh molpilia — dosł.: „Zawiązują się nasze lata”
[4] znaki te były następujące: tochtli — królik; acatl— trzcina, tecpatl — krzemień; calli — dom
[5]              Uixachtlan lub Uixachtecaty — góra znajdująca się w pobliżu Iztapalapan (8 km od stolicy), gdzie zbierali się kapłani, by zapalić „nowy ogień”, czyli rozpocząć nowy cykl lat.
[6]              Colhuacan lub Coluhuacan — nazwa wielu miejscowości w Meksyku; jedna z nich, położona na południe od Meksyku, nad jeziorem Texcoco, była znacznym państewkiem.
[7]              Copolco — dzielnica dawnej stolicy Tenochtitlanu (dosł.: „Gdzie znajduje się korona pana”)
[8]  Molpilia („Wiąże się”) — imię związane z wyrażeniem wskazującym na to, że początek roku zazębiał się z końcem roku ubiegłego.
[9]  Xiuhnenetl —• imię nadawane dziewczynce, która rodziła się na początku wieku azteckiego.
[10] Xiuhtlamin („Strzała roku”) — imię nadawane dziecku urodzonemu na początku roku
[11]  Xiuhtlaminmani — nazwa boga, patrona kamieniarzy



Bernal Diaz del Casillo - fragment relacji z Meksyku


Fragment ten pochodzi z książki "Kronikarze kultur prekolumbijskich" pod redakcją Marii Sten, wydanej przez Wydawnictwo Literackie w r. 1988. Jak zwykle zachęcam do lektury całości. Niebawem dorzucę kilka innych.


Meksyk i jezioro widziane z wielkiej świątyni w Tlatelolco

Opuśćmy wielki plac nie zatrzymując się, wejdźmy na dziedzi­niec, w obrębie mu­rów, gdzie stoi wielka świątynia; każdy z tych dziedzińców jest większy od placu Salamanki, są one otoczone podwójnym murem z kamieni i wapna i brukowane wielkimi kamiennymi płytami, bardzo bia­łymi, a wszystko tak czyste, że nie znalazłbyś tam ani słomki, ani pyłku kurzu. Zbliżyliśmy się do samej świątyni i jeszcze nie zaczęliśmy wstępować na stopnie, a już Montezuma, który znajdował się na górze odparowując swoje ofiary, wysłał sześciu kapłanów i dwóch dostojników, aby towarzyszyli naszemu wodzowi i pomogli mu przy wchodzeniu na stopnie, których było sto czternaście; chcieli go wziąć pod ramiona, jak zwykli pomagać swemu panu, Montezumie, aby się nie zmę­czył, ale Cortes nie chciał, aby się doń zbliżali. Weszliś­my na szczyt świątyni, na mały placyk tam się znajdu­jący, gdzie było podwyższenie z wielkich głazów— tam kładziono nieszczęsnych Indian zabijanych w ofierze. Stała tam wielka postać niby smoka oraz inne wstrętne posągi i wszędzie było wiele krwi świeżo rozlanej.
Kiedy zbliżyliśmy się, wielki Montezuma wyszedł z sanktuarium, w którym stały jego przeklęte bałwany — znajdowało się ono na samym szczycie świątyni — z nim razem wyszło dwóch kapłanów i z pełnymi szacun­ku pokłonami składanymi Cortesowi i nam rzekli: „Malinche, musisz być zmęczony wstępowaniem do na­szej wielkiej świątyni”.
Cortes przez tłumaczy, którzy byli z nami, odpowie­dział, że żadnego zmęczenia nie czuje ani on, ani nikt z naszych. Montezuma ujął go za rękę i kazał podziwiać swoją wielką stolicę, wszystkie miasta na wodzie i liczne osady dokoła jeziora na lądzie, jeśli bowiem nie obejrzał wielkiego placu, stąd mógł go lepiej zobaczyć. Staliśmy podziwiając, bo ta wielka i przeklęta świątynia była tak wysoka, że panowała nad wszystkim. Widzie­liśmy stamtąd trzy groble prowadzące do Meksyku, groblę z Iztapalapy, przez którą przybyliśmy cztery dni temu, groblę z Tacuby, była to ta, którą mieliśmy uciekać w noc naszej klęski, wypędzeni przez Cuedlavacę[1], nowego władcę, i trzecią z Tepeaąuilli. Widzieliś­my, jak słodka woda nadpływa z Chapultepec[2], zaopatrując całe miasto, a na owych trzech groblach mosty w regularnych odstępach, pod którymi przepły­wały wody jeziora z jednej strony na drugą. Ujrzeliśmy na owym wielkim jeziorze mnóstwo łodzi — jedne zwoziły żywność, inne wracały z ładunkiem i towarami. Widzieliśmy, że tak w wielkim mieście, jak we wszys­tkich innych zbudowanych na wodzie, nie można było inaczej poruszać się od domu do domu jak przez drewniane zwodzone mosty albo łodziami. Widzieliśmy w owych miastach świątynie i sanktuaria na kształt wieżyc i twierdz, wszystkie nad podziw lśniące białością, a przy domach, w ulicach i na groblach stały inne wieżyczki i kapliczki, tworzą^: małe warownie. Kiedy napatrzyliśmy się i nadziwili wszystkiemu, co wzrok ogarniał, oglądaliśmy znów wielki plac i tłum ludzi na nim kupujących i sprzedających, tak że nawet słychać było brzęczenie głosów. Byli między nami żołnierze, którzy znali rozmaite strony świata, bywali i w Kon­stantynopolu, i w całej Italii, i w Rzymie, otóż mówili oni, że takiego placu, tak pięknie rozplanowanego, w takim porządku i tak pełnego ludzi nie widzieli jeszcze.
(Rozdz. XCII)
[1]  Cuedlavaca — zniekształcone imię księcia Cuitlahuac („Wy­schła wodorośl”), brata Moctezumy i jego następcy. Zadał klęskę Hiszpanom podczas słynnej Noche Triste w 1520 r. Przedostatni Władca Tenochtitlanu. Rządził osiemdziesiąt dni.
[2]    Chapultepec — nazwa góry, parku i pałacu w dzisiejszej stolicy (dosł.: „Miejsce polnych koników”)


Sanktuarium


Zostawmy to i powróćmy do bożków naszego wodza, który rzeki do brata Bartolome de Olmedo, stojącego obok: „Wydaje mi się, ojcze, że dobrze byłoby nakłonić Montezumę, aby nam po­zwolił tutaj właśnie zbudować nasz kościół”. Ojciec przyznał, że byłoby to dobrze, gdyby się udało, ale jest zdania, że nie wypada w tej chwili mówić o tym, gdyż Montezuma. nie wydaje się być do tego skłonny. Wówczas Cortes przez tłumaczkę dońę Marinę ode­zwał się do Montezumy: „Wasza miłość, jesteś bardzo wielkim władcą i zasługujesz na jeszcze więcej. Radu­jemy się widokiem waszych miast i proszę was o łaskę, jesteśmy oto w waszej wielkiej świątyni, ze­chciej nam pokazać bogów swoich i teules”. Monte­zuma odpowiedział, że wprzód musi pomówić ze swoimi kapłanami. Porozumiawszy się z nimi, prosił, abyśmy weszli do jednej z wieżyczek. Wewnątrz, w sali o bogato zdobionej, rzeźbionej w drzewie powale stały dwa jakby ołtarze, a w każdym dwa posągi bardzo wysokie i grube. Pierwszy po prawej stronie był posągiem Vichilobosa, boga wojny. Bożek miał oblicze szerokie, oczy niekształtne i przerażające, tułów pokryty całkowicie drogimi kamieniami, zło­tem, perłami i maczkiem perłowym, tkwiącym w kleistej masie, zrobionej z korzeni, w jednej ręce dzierżył łuk, a w drugiej strzały; mniejszy bożek w jednej ręce trzymał niewielką dzidę i tarczę bogato wysadzaną złotem i kamieniami; na szyi Vichilobosa wisiały czaszki i serca, jedne ze złota, inne ze srebra, ozdobione mnóstwem błękitnych kamieni; stały tam czasze z kadzidłem z kopalu, w których skwierczały trzy serca Indian poświęconych tegoż dnia, a dym kopalu wił się w górę. Wszystkie ściany owego sanktuarium były zbryzgane i czarne od skrzepów krwi, podobnie jak podłoga; wszystko wstrętnie cuchnę­ło.
Po drugiej stronie, na lewo, ujrzeliśmy drugi wielki posąg tej samej wysokości co Vichilobosa. Ten bożek Tezcatepuca[3] miał głowę niedźwiedzia i świe­cące oczy zrobione z lusterek zwanych tezcat, tułów pokryty drogimi kamieniami, podobnie jak Vichilobosa, bowiem — jak mówiono — byli oni braćmi.
Tezcatepuca był bogiem piekieł i opiekował się duszami Meksykanów. Dokoła tułowia wiły mu się jakieś postacie diablików z ogonami na kształt węży, a na ścianach było tyle krwi zakrzepłej i cała podłoga była nią tak schlapana, że nawet w rzeźniach Kastylii nie masz takiego odoru. Przed tym bożkiem leżało pięć serc zabitych tego ranka ofiar. Na szczycie świątyni, pod bardzo kunsztownym stropem, znaj­dował się inny posąg pół człowieka, pół jaszczura z tułowiem wysadzanym kamieniami, do połowy okryty płaszczem. Objaśniono nas, że tyłów był wypełniony wszelakim ziarnem ziemi, był to bowiem bóg siejby i plonów. Nie pomnę już jego imienia. Również tam wszystko było pełne krwi — zarówno ściany jak ołtarz — i taki był fetor, że pragnęliśmy jak najrych­lej wyjść. W świątyni tej znajdował się bęben olbrzy­mich rozmiarów, który wydawał głos tak ponury, jakby to był instrument piekielny, a słychać go było na dwie mile wokoło; mówiono, że jest obciągnięty skórą olbrzymich węży.
Na tym placyku było mnóstwo diabelskich rzeczy do oglądania: rogi, trąby, noże oraz wiele zetlałych serc Indian, którymi okadzano te bałwany — wszys­tko splamione zakrzepłą krwią. Było tego tyle, że niech przekleństwo na to spadnie. A ponieważ wszystko w tej rzeźni cuchnęło i nie mogliśmy się doczekać, kiedy stąd wyjdziemy i nie będziemy zdani na ten zaduch i na ten widok, przeto nasz wódz za po­średnictwem tłumaczki rzekł na pół z uśmiechem: „Panie Montezuma, nie pojmuję, jak taki wielki władca i mądry mąż jak Wasza Miłość w umyśle swoim nie poznał, że owi trzej mężowie nie są bogami, ale stworami przeklętymi, zwanymi diabła­mi, zaś aby Wasza Miłość i wszyscy wasi kapłani przekonali się o tym, wyświadczcie nam, proszę, łaskę i pozwólcie, abym na szczycie tej wieży umieścił krzyż, a w jednym rogu Sanktuarium, tam gdzie stoją Wasi Vichilobos i Tezcatepuca, przygotował miejsce, w którym umieścimy obraz Naszej Pani, Matki Bożej (który to obraz już Montezuma był oglądał), a ujrzycie, jakie przerażenie ogarnie owych bogów, którzy was oszukują”.
Dwaj kapłani tam obecni okazali wielkie niezado­wolenie, a Montezuma na poły z gniewem rzeki: „Panie Malinche, gdybym był wiedział, że tak znie­ważycie moich bogów, nie byłbym wam ich poka­zał. Czcimy ich jako dobrych, oni dają nam zdrowie i wodę, i dobre zasiewy, i pogodę, i zwycięstw, ile chcemy. Winniśmy im cześć i ofiary. Dlatego proszę was, zaniechajcie innych słów ku ich obrazie”.
Kiedy to usłyszał nasz wódz i zobaczył go w takiej alteracji, nie odpowiedział na to, tylko z wesołą miną rzeki: „Czas już dla Waszej Miłości i dla nas powró­cić”. Montezuma przyznał, że byłoby to dobrze, ale trzeba mu jeszcze przebłagać bogów i złożyć pewne ofiary dla zadośćuczynienia za wielki tatacul, czyli grzech, jaki popełnił, pozwalając nam wejść do świątyni i oglądać bogów, którym wyrządziliśmy wielką zniewagę, mówiąc o nich tak źle. A Cortes na to: „Jeśli tak jest, przebaczcie nam, panie!”
Zaraz też zaczęliśmy schodzić ze schodów, a że było ich sto czternaście i niektórzy z naszych żołnie­rzy cierpieli na wrzody i humory, bolały ich nogi przy schodzeniu. [...] Zdaje się, że obwód wielkiej świątyni wynosił sześć bardzo wielkich solares, jakie przyjęte są w tym kraju. Wznosiła się, zwężając ku górze coraz bardziej, aż do małej wieżyczki, w której umieszczone były bożki. W połowie jej wysokości znajdowało się pięć wklęśnięć, jakby strzelnic otwar­tych i bez parapetów, sięgających do najwyższego piętra. Na czaprakach konkwistadorów wyobrażo­nych jest wiele podobnych świątyń, a na tym, który posiadam, jest również jedna; ci, którzy to widzieli, mogą sobie wyobrazić, jak wyglądała. Nie była to świątynia, którą widziałem i zwiedzałem, o tej szła wieść, że w czasach, kiedy ją budowano, w zaprawę wapienną fundamentów rzucono ofiarowane przez wszystkich mieszkańców wielkiego miasta złoto i srebro, i drobne perły, i drogie kamienie i oblano je obficie krwią pojmanych na wojnie Indian, zabitych na ofiarę; obsypano ją również wszelkiego rodzaju ziarnem, jakie istnieje na całej ziemi, aby bogowie użyczyli zwycięstwa i bogactw, i wielkich plonów. Powiedzą na to dociekliwsi czytelnicy, jak mogłem się o tym dowiedzieć, przecież minęło ponad tysiąc lat od czasu jej budowy. Na to odpowiem, że kiedy zdoby­liśmy owo silne i wielkie miasto i rozdzielono ziemię, zaraz postanowiliśmy na miejscu tejże wielkiej świą­tyni zbudować kościół naszego patrona i przewodni­ka, świętego Jakuba. Przekopaliśmy część terenu, na którym stała dawna świątynia Vichilobosa, dla po­łożenia podwalin kościoła, i po odsłonięciu fun­damentów dawnej świątyni, które chcieliśmy wzmocnić, znaleźliśmy mnóstwo złota i srebra, chalchivis, pereł wielkich i drobnych i innych drogich kamieni. A pewien mieszkaniec Meksyku, który przekopał inną część tej samej połaci, znalazł to samo. Było tego tyle, że urzędnicy skarbu Jego Królewskiej Mości zażądali tych bogactw dla Jego Wysokości, jako przypadają­cych mu z prawa; był z tego powodu proces, ale nie przypominam sobie, co się dalej stało. Jednak kacy­kowie i dostojnicy Meksyku oraz Guatemuz[22], który podówczas żył, mówili, iż prawdą jest, że wszyscy mieszkańcy miasta w owym czasie wrzucali w funda­menty jakieś klejnoty i rozmaite kosztowności, co zostało uwiecznione w księgach i na dawnych malo­widłach, i w ten sposób owe bogactwa zachowały się na budowę kościoła Świętego Jakuba.


(Rozdz. XCII)
[3]    Tezcatepuca — zniekształcona nazwa boga sił nieczystych, nocy i patrona młodych wojowników, Tezcatlipoki, „Dymiącego Lustra”
[22]    Guatemuz — zniekształcone imię księcia Cuauhtemoca '(„Orła, który spada”), dziesiątego cesarza azteckiego (1495-1525) bohaterskiego obrońcy Meksyku, powieszonego przez Hiszpanów.



wtorek, 9 października 2018

Arkona. Upadek Świętowita - dwa zdobycia grodu opisane w Gesta Danorum



To fragmenty „Gesta Danorum” (Czyny Duńczyków), w oprac. Winkela Horna i przekładzie Jana Woluckiego, kroniki spisanej przez Saxo Gramatyka w latach 1185 – ok. 1222. Dotyczą one dwu wypraw królów duńskich prowadzących do zajęcia Arkony, grodu-centrum kultu Świętowita, jednego z ostatnich bastionów połabskiego przedchrześcijańskiego kultu, znajdującego się na półwyspie Wittow, na północy Rugii. Pierwszą z nich poprowadził w 1136 Eryk Pamiętny (Emune), drugą Waldemar Wielki w roku 1168 lub 1169. Wedle Knytlingasaga Waldemar miał wylądować na wyspie w Zielone Świątki, tj. 19 maja ’68 lub 8 czerwca ’69. Chrzest Rugian miał nastąpić 15 czerwca, samo zaś zdobycie Arkony 12 czerwca. W ataku tym i zdobyciu grodu towarzyszyli mu książęta pomorscy, bracia Bogusław I i Kazimierz I, ze swoimi zastępami.

Gród położony był – i to, co pozostało, wciąż jest – na północnym skraju Rugii, na cyplu nad kredowym klifem o 45 m wysokości, stale osuwającym się do morza, który bronił go z trzech stron. Czwartej strzegł wał ziemno-drewniany, długości ok. 250 m i wys. od 10 do kilkunastu czy nawet dwudziestu paru metrów.

Zostawiłem też barwny fragment poświęcony opisowi samej świątyni, dprawianym w niej obrzędom, wróżbom. 


I zdobycie Arkony


„[…] jako że Słowianie wydali Danii wojnę. Musiał on (Eryk II Emune, Eryk Pamiętny) pozostawić sprawy przyjaciela samym sobie i zająć się swymi własnymi. Zebrał on flotę i pożeglował na Rugię, i by móc prowadzić wojnę jeszcze energiczniej, polecił on, czego nikt wcześniej nie uczynił, zabrać konie na pokład duńskich łodzi, cztery na każdą, który to zwyczaj później był pilnie naśladowany. Duńczycy dobili do Rugii, gdzie znaleźli miasto Arkona mocno ufortyfikowane. By odciąć je od pomocy sąsiadów, przekopali oni kanał oddzielający ten pasek lądu, który leży pomiędzy polami Arkony a resztą Rugii, i wznieśli niezwykle wysoki wał w poprzek niego. To zostało oddane ludziom z Hallandu do strzeżenia, a Peder [Bodilsen] został ich wodzem. Rugianie jednakże zaszli ich od tyłu nocą, po tym jak przekroczyli kilka brodów, lecz po tym jak niektórzy zginęli, zostali oni odparci przez resztę wojska. Gdy arkonianie nie byli teraz wystarczająco silni, by się przeciwstawić wrogowi i nie widzieli żadnej możliwości otrzymania pomocy, ugięli się przed nieuchronnością i poddali Duńczykom pod tym warunkiem, że zachowają życie przyjmując chrześcijaństwo, lecz mieli otrzymać prawo do zachowania posągu boga, którego czcili. Był tam mianowicie w mieście posąg, który mieszkańcy czcili z największym szacunkiem, i któremu ich sąsiedzi również oddawali nieustannie wielką cześć; ten zwany był fałszywie Świętym Witem. Zachowując go, nie mogli mieszkańcy miasta całkowicie porzucić kultu starych bogów. Gdy na początek polecono im dać się uroczyście ochrzcić, byli oni także, gdy poszli do stawu, bardziej zainteresowani gaszeniem pragnienia, niż stawaniem się chrześcijanami, bowiem pod pozorem odbycia świętej ceremonii odświeżali oni zmęczone oblężeniem ciała. Został tam również ustanowiony duchowny w Arkonie, który miał ich prowadzić do nowego i lepszego żywota, i uczyć ich podstaw nowej wiary, lecz jak tylko Erik oddalił się, wyrzucili oni duchownego z miasta i chrześcijaństwo razem z nim. Nie zwracając uwagi na los zakładników, jakich musieli dać, oddali się arkonianie ponownie czczeniu swego posągu, i pokazali w ten sposób, na ile uczciwie oni postępowali przyjmując chrześcijaństwo”.


II zdobycie, zniszczenie świątyni


„Podczas gdy to się działo, odpadli Rugianie; czując się bezpieczni, gdy król zajęty był tak daleko, nabrali oni odwagi. Gdy zima miała się ku końcowi, dowiedzieli się oni, że postanowił on udać się na wyprawę wojenną przeciw nim, i wysłali do niego pewnego nadzwyczaj sprytnego i elokwentnego człowieka, by wyszukanymi pochlebstwami skłonił go do porzucenia swych planów. Gdy nie mógł on jednak nic wskórać, nie chciał on wrócić do domu zanim Duńczycy by nie wyruszyli, by nie wzbudzić podejrzeń u swoich rodaków odradzaniem im prowadzenia wojny, lub doprowadzając ich do nieszczęścia, doradzając im ją. Prosił on przeto Absalona, by mógł pozostać w jego świcie dopóki jego rodacy nie zwrócą się do niego o radę, bowiem głupim ludziom bardziej podobają się te rady, których sami szukają, niż te, które im się proponuje. Król zaatakował teraz Rugię w różnych miejscach i zdobył wszędzie łupy, lecz nigdzie nie znalazł okazji do walki, a pragnąc utoczyć wrogiej krwi przystąpił do oblężenia Arkony.


Miasto to leży na szczycie wysokiego klifu i jest od wschodu, południa i północy silnie umocnione, nie sztucznie, lecz przez naturę, jako że strome krawędzie klifu niczym mury wznosiły się tak wysoko, że żadna strzała nie mogła dosięgnąć szczytu. Z tych trzech stron osłaniane jest też morzem, lecz od strony zachodniej otoczone jest wałem wysokim na pięćdziesiąt łokci, którego dolna część zbudowana była z ziemi, podczas gdy górna miała konstrukcję drewnianą, wypełnioną torfem. Po północnej stronie znajduje się źródło, do którego mieszkańcy przychodzili ubezpieczoną ścieżką, którą Erik Emune swego czasu zablokował im, tak że pokonał ich on przy oblężeniu zarówno brakiem wody, jak i siłą zbrojną. W środku miasta był tam otwarty plac, na którym stała nadzwyczaj misternie wykonana świątynia z drewna, której okazywano wielką cześć, nie tylko ze względu na jej wspaniałość, lecz także dlatego, że znajdował się tam w niej posąg bóstwa. Z zewnątrz świątynia przyciągała wzrok różnymi starannie wyrzeźbionymi obrazami wspaniałej roboty, które jednakowoż były prymitywnie i niedbale pomalowane. Było tam tylko jedno wejście, lecz sama świątynia podzielona była na dwie przestrzenie, z których zewnętrzna biegła wzdłuż ścian i miała czerwony sufit, podczas gdy wewnętrzna opierała się na czterech filarach i zamiast ścian miała zasłony i nic wspólnego z zewnętrzną poza sufitem i pojedynczymi belkami. W świątyni stał wspomniany posąg w nadludzkich rozmiarach. Miał on cztery głowy i tyle samo szyj, z których dwie zwrócone były do przodu, a dwie do tyłu; tak samo z tych dwu głów zwróconych do przodu, jak i tych dwu zwróconych do tyłu, jedna patrzyła w prawo, a druga w lewo. Ogolona broda i przystrzyżone włosy wskazywały, że artysta, który wyrzeźbił posąg, miał na względzie zwyczaj, jaki panował pomiędzy Rugianami. W prawym ręku posąg trzymał róg, zrobiony z różnych metali; ten wypełniał doświadczony kapłan raz w roku winem, i z zachowania napoju wróżył, jaki będzie przyszłoroczny plon. Lewą rękę miał posąg zgiętą i wspartą na boku. Tunika sięgała goleni, zrobionych z różnych gatunków drewna, które były tak dyskretnie połączone z kolanami, że jedynie uważnie się przyglądając można było zauważyć złączenia. Stopy były całkiem przy podłodze, lecz to, na czym stał, ukryte było w ziemi. Obok widać było uprząż i siodło oraz inne jego insygnia, z których szczególnie zadziwiający był nadzwyczaj wielki miecz, którego pochwa i uchwyt były ze srebra i ozdobione przepysznie wspaniałą robotą.



Kult boga sprawowano w następujący sposób: raz w roku, gdy żniwa zbliżały się ku końcowi, zbierał się cały lud wyspy przed świątynią, składano bydło w ofierze i spożywano uroczysty posiłek ku chwale bogów. Kapłan, który w odróżnieniu od tego, co było raczej obyczajem mieszkańców kraju, miał długie włosy i brodę, zwykle na dzień przed świętym obrządkiem szedł do świątyni, której próg jedynie on miał prawo przekroczyć, i sprzątał i porządkował starannie, przy czym musiał uważać, by wstrzymywać oddech, tak że za każdym razem, gdy potrzebował zaczerpnąć powietrza, musiał spieszyć do drzwi, by bóg nie został skażony tym, że jakiś człowiek oddychał w jego bliskości. Dzień później, gdy lud rozłożył się obozem przed drzwiami świątyni, brał kapłan róg z ręki figury i sprawdzał dokładnie, czy napój w nim znikał, co uważano za ostrzeżenie, że będzie nieurodzaj w roku następnym., w związku z czym zobowiązywał on lud do oszczędzania aktualnych plonów, by zachować coś z nich na rok następny. Jeżeli napój nie znikał, wróżyło to pomyślny rok; w zależności od tego, co róg przepowiadał, nakazywał on więc ludziom albo oszczędzać aktualne zbiory, albo korzystać z nich do syta. Następnie wylewał on wino jako ofiarę u stóp posągu, napełniał róg na nowo i udawał, jakby pił na jego cześć, jednocześnie wzniosłymi słowami prosił on o powodzenie dla siebie i ludności kraju, o bogactwo i o zwycięstwo, po czym przykładał róg do ust i pił to szybko jednym haustem, po czym ponownie napełniał go i wkładał ponownie w prawą rękę posągu. Było tam też ofiarowane ciasto miodowe owalnego kształtu, które było prawie na wysokość człowieka. To ustawiał kapłan pomiędzy sobą a ludem, i pytał następnie, czy go widzieli; gdy odpowiadali oni, że tak, wypowiadał on życzenie, by nie zobaczyli go w następnym roku, przy czym sens tego nie był, że życzył on sobie lub ludowi śmierć, lecz żeby rok był pomyślny [a ciasto większe]. Następnie błogosławił on lud w imieniu boga, pouczał ich, by okazywali mu swój szacunek częstymi ofiarami, których oczekiwał jako słusznej zapłaty za zwycięstwa na lądzie i morzu. A gdy to zostawało dokonane, spędzali resztę dnia na wielkiej uczcie, gdzie objadali się do syta darami ofiarnymi, tak że to, co zostało poświęcone bogu, pożerali oni sami. Na tej uczcie uważano za czyn miły bogu upić się, a za grzech pozostawać trzeźwym. Na potrzeby kultu musiał każdy mężczyzna i kobieta rocznie płacić jedną monetę, a bóg ponadto otrzymywał jedną trzecią łupów, jakie zdobyli, bowiem uważali, że powinni dziękować mu za jego pomoc. Było też przydzielonych mu trzysta koni i tyluż wojowników, którzy walczyli dla niego, i którzy musieli przez to oddawać kapłanowi całe łupy, jakie zdobyli, czy było to wzięte z bronią w ręku, czy ukradzione; za te pieniądze, które wpływały tam z tego tytułu, polecał on przygotowywać wszelkie szlachetne precjoza i różne ozdoby do świątyni, które przechowywał w zamkniętych skrzyniach, w których też oprócz mnóstwa pieniędzy przechowywano liczne sztuki purpury, które były całkiem zniszczone upływem czasu, jak i liczne dary, częściowo od ludu, a częściowo od indywidualnych osób, które były dane im jako dary ofiarne dla pozyskania szczęścia i powodzenia. Cała słowiańszczyzna okazywała temu bóstwu swą cześć opłacając się jemu, a nawet sąsiedni królowie składali dary, nie patrząc na popełniane przez nich świętokradztwo; pomiędzy innym król Danii Svend [Grathe] podarował wspaniale wykonany puchar, aby zdobyć jego przychylność, za które to świętokradztwo przyszło mu później zapłacić nieszczęsną śmiercią. Ten bożek miał ponadto również inne świątynie w różnych miejscach, które nie cieszyły się tak wielkim uznaniem, jak ta w Arkonie. Miał on także swego własnego białego konia; uważano za świętokradztwo wyrwanie włosa z jego grzywy lub ogona, i nikomu poza kapłanem nie wolno było go karmić, ani jeździć na nim, żeby to boskie zwierzę nie utraciło dostojnego wyglądu, gdyby było często używane. Rugianie uważali, że na tym koniu Svantovit – tak zwano bożka – jeździł, gdy walczył przeciw wrogom swej świętości, i dowód na to widzieli zwłaszcza w tym, że pomimo, iż w nocy pozostawał w stajni, najczęściej z rana był mokry i spocony, tak jakby wrócił prosto z walki i biegł długą drogę. Także odczytywano ostrzeżenia z zachowania konia w następujący sposób: gdy zamierzano prowadzić wojnę z jednym czy drugim krajem, miała w zwyczaju służba świątynna ustawiać sześć włóczni, po dwie na krzyż, w równych odstępach od siebie i z ostrzem wbitym w ziemię. Gdy wyprawa miała ruszyć, wiódł kapłan konia, po tym jak odmówił uroczystą modlitwę, w uprzęży z przedsionka i prowadził tak, by ten skakał nad włóczniami; jeżeli ten podniósł prawą nogę przed lewą, uważano to za przepowiednię, że wojna będzie miała korzystny wynik, lecz jeżeli uniósł ten choćby jeden raz lewą nogę jako pierwszą, rezygnowano z zamyślonego ataku, a nawet decydowano o podniesieniu kotwic nie wcześniej, niż gdy zobaczyli go trzy razy pod rząd skaczącego przez włócznie tak, jak przyjmowali za dobrą wróżbę.



Także gdy mieli wyruszyć w innych sprawach, przyjmowali wróżbę z pierwszego, napotkanego zwierzęcia. Gdy wróżba była dobra, jechali dalej zadowoleni, była ona zła, to spieszyli do domu z powrotem. Nie było im też nieznane rzucanie losów, rzucali oni mianowicie na swój podołek trzy kawałki drewna jako losy, były one białe z jednej strony, a czarne po drugiej, i białe przepowiadało szczęście, czarne nieszczęście. Nawet kobiety nie stroniły od oddawania się takim praktykom. Gdy siedziały przy palenisku, czasami robiły przypadkowe kreski w popiele i liczyły je razem, jeżeli liczba była parzysta, wierzyły one, że wróżyło to szczęście, gdy była nieparzysta, brały to za zły znak.



Król opanowany był pragnieniem zniszczenia ich umocnień w nie mniejszym stopniu, niż zagłady pogańskiego kultu, jaki panował w tym mieście; uważał mianowicie, że gdyby ujarzmił Arkonę, tym samym całe pogaństwo na Rugii zostałoby wytępione, bowiem nie miał wątpliwości, że dopóki ten posąg tam pozostawał, było mu łatwiej zdobyć umocnienia kraju, niż pokonać pogański kult. By szybciej doprowadzić do końca oblężenia, na jego polecenie wszyscy wojownicy w wielkim trudzie przynosili z pobliskich lasów liczne pnie, nadające się do budowy z nich maszyn oblężniczych. Podczas gdy rzemieślnicy teraz zabrali się do ich budowy, przybył on pewnego razu i powiedział, że nie będzie żadnej korzyści z tego, że zadali sobie tak wiele trudu, i że miasto wpadnie w ich ręce szybciej, niż liczyli na to. Gdy go zapytano, dlaczego tak przypuszczał, odpowiedział on, że wywnioskował to z tego, że jak Rugianie swego czasu zostali podbici przez cesarza Karola Wielkiego i nakazano im przywozić trybut do św. Wita w Corvey, który stał się znany dzięki swej męczeńskiej śmierci, gdy Karol zmarł, skwapliwie po odzyskaniu wolności mieli oni zrzucić jarzmo niewolnictwa i powrócić do pogaństwa; mieli wtedy w Arkonie wznieść posąg tego bożka, który nazwali świętym Witem, na którego kult zużyli pieniądze, które wcześniej oddawano do św. Wita do Corvey, z którym teraz nie chcieli mieć nic do czynienia, bowiem wystarczał im, jak mówili, ten święty Wit, którego mieli u siebie, i nie mieli potrzeby podporządkowywać się obcemu. Dlatego święty Wit, gdy zbliża się teraz jego dzień, zniszczy ich mury jako karę za to, że przedstawili go w tak barbarzyńskim wyobrażeniu; zasłużyli sobie na to, by on ich ukarał, ponieważ ustanowili bluźnierczy kult zamiast jego świętego upamiętnienia. Nie zostało mu to objawione we śnie, powiedział król, ani nie wywnioskował on tego z żadnego wydarzenia, jakie by się przydarzyło, miał on tylko nieodparte przeświadczenie, że tak miało się stać. To przewidywanie wzbudziło więcej zdziwienia u wszystkich, niż wiary w nie, a że ta wyspa, na której Arkona leżała, a co nazywała się Wittow, oddzielona była od Rugii jedynie wąską cieśniną, która zaledwie była na tyle szeroka, co niewielka rzeka, i obawiano się, że arkonianie mogliby otrzymać wsparcie tą drogą, wysłano tam ludzi, by strzegli przejścia i przeszkodzili wrogowi przeprawić się tamtędy. Z resztą wojska obległ on miasto, szczególnie kładąc nacisk na ustawienie katapult w pobliżu wałów. Na Absalona nałożono obowiązek podzielenia ludzi i wskazania im, gdzie mają rozbić obóz, i w tym celu wymierzył on dokładnie ziemię pomiędzy brzegami z obu stron. W międzyczasie wypełnili arkonianie bramę miasta wielką ilością ziemi, by uczynić wrogowi trudniejszym atakowanie jej, i zablokowali dojście do niej murem z darni, i to uczyniło ich tak pewnymi siebie, że zaniechali obsadzenia wieży ponad bramą, lecz jedynie zawiesili tam kilka chorągwi i proporców. Jedno z insygniów, które odznaczało się tak kolorem, co i rozmiarami, zwano Stanica, i Rugianie żywili dla tej chorągwi tak wielką cześć, jak prawie do wszystkich swych bogów razem, bowiem gdy niesiono ją przed nimi, uważali oni, że posiadali wystarczającą moc, by ruszyć na bogów i ludzi, i że nie było wtedy takiej rzeczy, której by nie mieli prawa uczynić, gdyby chcieli, plądrować miasta, burzyć ołtarze, czynić rzeczy niegodne i obracać domy na Rugii w ruinę. Byli tak wielce przesądni, gdy chodziło o tę szmatę, że przydawali jej władzy i mocy więcej, niż królewska, i czcili ją jak boski sztandar, ba, nawet ci, którzy zostali poszkodowani, okazywali chorągwi największy szacunek i cześć, niezależnie od tego, ile cierpień i szkód ona by im nie przyniosła.



W międzyczasie wojsko zabrało się do różnych prac, jakich oblężenie wymagało; jedni budowali szopy dla koni, inni wznosili namioty i podejmowali się innych niezbędnych rzeczy. Podczas gdy król, ze względu na wielki gorąc, jaki był za dnia, przebywał spokojnie w swoim namiocie, niektórzy duńscy chłopcy, którzy w podnieceniu odważyli się podejść do samego wału obronnego, poczęli procami ciskać kamienie na umocnienia. Arkonianie przyjmowali raczej ze śmiechem niż przestrachem ich pomysły, i powstrzymali się od użycia broni przeciw takiej zabawie, tak że woleli raczej patrzeć na chłopaków, niż pogonić ich. Pojawili się tam też młodzieńcy, którzy poszli w zawody z chłopcami i w ten sam sposób prowokowali mieszkańców miasta, i znudzili się tamci bezczynnym przyglądaniem i zmuszeni chwycili za broń. Więcej teraz młodzieży porzuciło swą pracę i pobiegli, by przyjść swym towarzyszom z odsieczą, lecz rycerstwo potraktowało to wszystko jak dziecięcego psikusa. Tak to, co z początku nie miało żadnego znaczenia i o czym nie byłoby warto wspominać, szybko przemieniło się w gwałtowną walkę, której nie można było lekceważyć, i dziecięca zabawa rozrosła się z czasem do starcia na serio pomiędzy mężczyznami. Ziemia, którą brama była wypełniona, zapadła się w międzyczasie i utworzyła tam dziurę czy szczelinę, tak, że powstało tam duże otwarcie pomiędzy wieżą a ścianą z darni. To zauważył pewien nadzwyczaj odważny młodzieniec, o którym po prawdzie więcej nic nie wiadomo, i stwierdził on wtedy, że nadarzała się dobra okazja do wprowadzenie w życie tego, co zamyśliwano; poprosił on wtedy swych towarzyszy, by mu pomogli dostać się na górę, skoro by to uczynili, zaraz miasto zostałoby wzięte, a zwycięstwo zdobyte. Gdy zapytali się go, w jaki sposób by mogli być mu pomocni, powiedział on, że powinni wetknąć swe włócznie pomiędzy płaty darni, tak by mógł się wspiąć po nich jak po drabinie. Gdy w ten sposób dostał się na górę i zobaczył, że wewnątrz dziury mógł być pewien, że wrogowie z żadnej strony nie mogli mu czynić szkody, zażądał on trochę słomy, którą mógłby podpalić. Gdy zapytali oni go, czy miał coś do rozpalenia ognia, odpowiedział, że miał on ze sobą krzesiwo i krzemień, i przykazał im, by mu pomogli zejść na dół, gdy ogień się rozpali. Gdy teraz rozglądali się oni za czymś, co mógłby użyć do podpalenia, wpadło im przez przypadek w ręce to, czego szukali; przybył tam mianowicie jeden z wozem słomy, która miała być użyta do czego innego; zabrali oni teraz to, rzucali snopki jeden drugiemu i podawali na włóczniach temu młodemu człowiekowi, i wkrótce otwór był wypełniony całkowicie słomą, co odbyło się bez żadnego zagrożenia, jako że wieża była całkowicie opuszczona. Mieszkańcy miasta nie mieli mianowicie pojęcia, co tam się działo, a niezwykłe rozmiary wieży przyczyniły się dodatkowo do ich zmylenia, a jej szerokie z obu stron przyziemie posłużyło Duńczykom do osłony. Gdy ogień chwycił, a wieża nagle stanęła w płomieniach, ten, co rozpalił ogień i uczynił tak pierwszy krok do zdobycia towarzyszom zwycięstwa, zszedł z ich pomocą na dół.



Gdy mieszkańcy miasta zauważyli dym, byli tak zszokowani nieoczekiwanym zagrożeniem, że nie wiedzieli, czy wpierw rzucić się mieli do gaszenia, czy na wroga, a gdy w końcu oprzytomnieli, wszystkimi siłami zabrali się za pożar, i zaczęli, bez zważania na wroga, zwalczać płomienie, podczas gdy Duńczycy starali się przeszkodzić im w gaszeniu, i z równą zawziętością starali się oni podtrzymać ogień, z jaką tamci go tłumili. Gdy arkonianom w końcu zabrakło wody, leli mleko na płomienie, lecz im bardziej je zalewali, tym mocniej wybuchały, i miało to taki skutek, że ogień rozprzestrzeniał się ze wszystkich sił. Wszystkie te tam krzyki i wrzaski skłoniły króla do wyjścia z obozu i sprawdzenia co tam się działo, a gdy zobaczył jak rzeczy się miały, został bardzo zaskoczony i nie mógł ocenić prawidłowo, czy pożar ten mógł mieć znaczenie dla wzięcia miasta, dlatego też spytał on Absalona, co powinni uczynić. Poprosił on króla, by nie mieszał się w dziecięce psikusy, ani nie angażował się w coś zbyt pospiesznie, zanim sprawa zostałaby zbadana, i prosił usilnie o przyzwolenie, by wpierw mógł sprawdzić, czy pożar mógłby pomóc im w zdobyciu miasta. Udał się następnie niezwłocznie by zbadać sprawę, i poszedł do bramy biorąc jedynie ze sobą hełm i tarczę, i wezwał młodych ludzi, którzy próbowali szturmować ją, by rozszerzyli pożar. Ci dokładali do ognia ze wszystkich rogów, aż zajęły się słupy i podpory, podłoga w wieży się przepaliła i płomień wzniósł się aż do szczytu, i zamienił wszystkie chorągwie bożka i inne insygnia w popiół. Gdy Absalon zameldował to królowi, kazał ten na wniosek Absalona otoczyć miasto, i usiadł zaraz na krześle poza obozem by obserwować walkę. Pewien nadzwyczaj dzielny młody człowiek w duńskim wojsku wielce zawziął się, by dostać się do przedpiersia przed innymi, a gdy został on śmiertelnie raniony, postarał się by upaść tak, aby wyglądało, że zeskoczył z własnej woli, a nie, że padł na ziemię ubity, tak że trudno powiedzieć, czy przydał on sobie największej chwały walcząc, czy umierając. Pomorzanie, którzy mieli to za zaszczyt walczyć w obecności króla, także okazali pod dowództwem Kazimierza i Bogusława niecodzienną odwagę, dzielnie atakując miasto, a król przyglądał im się wtedy także z podziwem i zadowoleniem, patrząc jak wspaniale walczyli. Gdy Rugianie byli tak narażeni na podwójne niebezpieczeństwo, ugięło się wielu przed ogniem, podczas gdy inni padli od włóczni wroga, i nikt nie wiedział, czy bardziej się trzeba było bać ognia czy wroga, lecz niektórzy porzucili wzgląd na swe własne dobro i bronili miasta tak wytrzymale i nieustępliwie, że nie ulegli wcześniej, niż gdy płonący wał legł w gruzach, a ci, którzy padli na murach miasta, pochłonięci zostali przez te same płomienie, jak na wspólnym stosie; bowiem taką miłość żywili do murów rodzinnego miasta, że prędzej woleli paść razem z nimi, niż przeżyć ich upadek. Gdy mieszkańcy miasta nie mieli już żadnej nadziei, i przed oczami mieli tylko śmierć i zagładę, jeden z nich, co był na przedpiersiu, krzyknął donośnie do Absalona i zażądał rozmowy z nim. Absalon polecił mu pójść w najspokojniejszy koniec miasta, jak najdalej od wrzawy i przelewu krwi, i tam spytał go wtedy, czego ten sobie życzył. Wezwał on wtedy, jednocześnie dodając do słów szczególnej mimiki i gestykulacji, do powstrzymania ataku Duńczyków, aż do czasu, kiedy mieszkańcy miasta mogliby się poddać. Na to powiedział Absalon, że nie może być mowy o przerwaniu szturmu, chyba, że oni powstrzymają się od gaszenia ognia. Na ten warunek poszli Słowianie, po czym Absalon natychmiast przedstawił królowi tamtego prośbę. Król polecił zaraz wezwać z pola bitwy wodzów, by naradzić się z nimi w tej sprawie, i Absalon powiedział wtedy, że należało uczynić to, o co Słowianie prosili, bowiem im dłużej się to przeciągało, tym trudniej będzie mieszkańcom miasta ugasić ogień, a gdy nie będą mogli tego uczynić, ogień ich pokona, nawet, gdyby Duńczycy nie przyłożyli do tego ręki, tak więc nawet jeżeli nic nie uczynią, to pozwalając ogniowi szerzyć zniszczenie osiągną oni to, czego by nie dali rady własnymi siłami. Pomimo, że jakiś czas by się powstrzymywali od walki, nie można by ich nazwać bezczynnymi, gdy bez narażania się na jakiekolwiek niebezpieczeństwo, pozwalali innym siłom walczyć za siebie. Ta rada uzyskała ogólną aprobatę, a król zawarł pokój z arkonianami na tych warunkach, że posąg miał zostać przekazany razem ze wszystkimi należącymi do świątyni skarbami, a wszyscy pojmani chrześcijanie mieli odzyskać wolność bez okupu i miano zaprowadzić kult chrześcijański, tak jak był praktykowany w Danii. Wszystkie dobra ziemskie, które oddane były bóstwu, miały z największym pożytkiem służyć kościołowi chrześcijańskiemu. Gdyby jakiekolwiek okoliczności tego wymagały, mieli oni iść za Duńczykami na wezwanie do pospolitego ruszenia, i nie mieli prawa nigdy odmówić stawienia się przy wojsku, gdy król polecał to im. Ponadto powinni płacić rocznie trybut w wysokości czterdziestu srebrnych monet od każdej pary wołów, i tyluż dostarczyć zakładników dla zapewnienia, że dochowają oni tych warunków”.



„[…]Dzień później polecił król Esbernowi [Snare] i Sune [Ebbesenowi] wywrócić posąg boga, a gdy nie dało się tego zrobić bez mieczy i toporów, po tym jak zerwane zostały zasłony zawieszone w świątyni, przykazali oni dokładnie ludziom, którzy mieli wykonać tę pracę, by uważali kiedy ten ciężki posąg miałby upadać, by nie mówiono, gdyby zostali zmiażdżeni jego ciężarem, że była to kara, którą spuścił na nich zagniewany bóg. W międzyczasie zebrał się wokół świątyni wielki tłum mieszkańców miasta, żywiąc nadzieję, że Svantovit ze swej złości i boskiej mocy ukarze tych, którzy zadali mu taki gwałt. Gdy posąg został przerąbany przy stopach, upadł ten na najbliższą ścianę; Sune wtedy, aby wyciągnąć go, polecił swoim ludziom zburzyć ścianę, lecz upomniał ich, by w swym zapale burzenia nie zapomnieli o niebezpieczeństwie, jakie im groziło, i by nieostrożnie nie narażali się, że posąg upadając zmiażdżyłby ich. Ten spadł na ziemię z wielkim hukiem. Świątynia była cała wokół przykryta purpurą, która dobrze jaśniała, lecz była tak przegniła od długotrwałego zawieszenia, że nie wytrzymywała dotyku. Wisiały tam również rzadkie rogi dzikich zwierząt, które były godne nie mniejszej uwagi ze względu na swą szczególną naturę, jak ze względu na cześć, jaką im oddawano. Widziano jakiegoś potwora w postaci czarnego zwierza, który wybiegł stamtąd, lecz ten znikł nagle. Polecono teraz mieszkańcom obwiązać linę wokół posągu bóstwa i wyciągnąć go poza miasto, lecz ci nie mieli sami odwagi uczynić tego ze względu na dawny przesąd, i nakazali więźniom i obcym, którzy przybyli do miasta dla zarobku, zrobić to zamiast nich, jako że uważali, że najlepiej byłoby gniew boga skierować na głowy tak nędznych ludzi, jako że sądzili, że to bóstwo, któremu zawsze okazywali oni tak wielką cześć, nie zawaha się ciężko pokarać tych, którzy je poniżyli. W międzyczasie słychać było, jak mieszkańcy miasta w różnoraki sposób wymieniali uwagi o tym, co się działo, niektórzy lamentowali nad tym cierpieniem, jakie zadano ich bogu, podczas gdy inni śmiali się z niego, i nie było żadnej wątpliwości, że ta mądra część ludności czuła się w najwyższym stopniu wielce zawstydzona tą naiwnością, z jaką przez tak wiele lat dawali się oni wciągać w tak głupi kult. Gdy posąg został przeciągnięty do obozu, zebrani wojownicy przyglądali się mu z zadziwieniem, i dopiero gdy plebs napatrzył się jemu dość, pozwolili sobie wodzowie na przyjemność obejrzenia go”.

Cała kronika dostępna jest tutaj. Można ją też kupić w wersji książkowej. Zachęcam do lektury, tym bardziej, że na język polski przełożono ją niedawno. Wcześniej dostępne były tylko nieliczne fragmenty, Jest obszerna i zawiera sporo informacji o Wikingach, Słowianach i innych przodkach dzisiejszych Europejczyków, zarówno legendarnych, jak i bliższych faktom.



Guciów - wały VI i VIII

Zgodnie ze słowami przedstawiam zdjęcia z wałów, które na planie Fellmanna oznaczone są jako VI i VIII. Pierwszy z nich nie jest, przynajmn...